Błogosławiona Hanna Chrzanowska objęła obłożnie chorych parafialną opieką domową ‒– poza systemem państwowym. Potomkini dwóch zasłużonych i zacnych rodów – po matce Szlenkierów, a po ojcu Chrzanowskich – urodzona w 1902 r. w Warszawie, zanotowała w powojennym pamiętniku:
„Powinnam napisać studium o filantropii. Patrzyłam na nią, odkąd pamiętam, na jej wszystkie blaski – nie widząc. Na szlachetność serc […]. Ale cóż to jest »szlachetność«? Słowo szerokie, niebezpieczne swą szerokością, dość obszerne dla pomieszczenia wielu małostek, jeśli nie kilku przynajmniej grzechów głównych…”.
Rozliczała się zatem z ową filantropią, która była w jej życiu od dziecka wszechobecna:
„Nigdy nie słyszałam – ja, która wzrosłam w atmosferze dobroczynności i dobroci, że się ją pełni dla miłości Boga i z miłości Boga. Nigdy nie powiedziano mi, że mam być dobra z powodu Boga i dla Boga”.
Z każdego wersu jej pamiętnika bije jednak czułość dla bliskich, szacunek dla ich starań, zrozumienie pobudek przedwojennej inteligencji i przedsiębiorców przenikniętych pozytywistycznym duchem społecznikowskim.
Rozterki i wątpliwości
Karol Szlenkier, dziadek Hanny ze strony matki Wandy, to jeden z najzamożniejszych i najbardziej przedsiębiorczych obywateli stolicy, „jak na polskie stosunki – potentat”, właściciel zakładów garbarskich i rodzinnej siedziby (pałacu zbudowanego przy pl. Jana Henryka Dąbrowskiego). Zorganizował dla swoich robotników system ubezpieczeń na starość, kasę chorych, trzyklasową szkołę dla ich dzieci, a w testamencie zostawił pół miliona rubli (250 tys. ówczesnych dolarów) na cele społeczne.
Ale Hannę zdumiewał rozmach pałacu Szlenkierów:
„Ach, ten pokój stołowy, olbrzymi obliczony (jak i pięciookienny salon) na przyjęcia, o których tylko słyszałam […]. Po co tyle miejsca dla kilku stałych mieszkańców w tych dwunastu pokojach i różnych przyległościach…”.
„Moja Babka o sercu tak czułym dla dzieci, o nerwach cieńszych niż listki mimozy, czy mogła nie odczuwać boleśnie kontrastu między swoimi pałacowymi pokojami a piwnicami, do których posyłała do »biednych« swoje córki?”
– pytała. Ale Maria Szlenkierowa słała córki też do warszawskiego ambulatorium panny Julii Aleksandrowiczówny, gdzie matka Hanny, opatrując chorą na raka, „zapychała sobie nos watą, aby znieść odór jej ran”.
Gdy zabrakło dziadków, ciotka Zofia Szlenkierówna poświęciła cały majątek po nich na budowę jednego z najnowocześniejszych w Europie szpitali dla dzieci – im. Karola i Marii, który przekazała miastu w 1913 r. I znów w notatkach Hanny pojawia się wątpliwość:
„Na tym szpitalu widniała tablica pamiątkowa [poświęcona patronom placówki], też przez Ciotkę umieszczona, która raziła potem moje pielęgniarskie serce”.
Mniej rozterek budziły w jej sercu obyczaje dworu rodzinnego Chrzanowskich herbu Korab w Stoku, w dzisiejszym powiecie radzyńskim, gdzie na świat przyszedł jej ojciec Ignacy, wybitny historyk literatury polskiej, spokrewniony przez matkę Helenę Dmochowską herbu Pobóg z Joachimem Lelewelem i Henrykiem Sienkiewiczem:
„Moi wiejscy Dziadkowie, którzy z trudem mogli zdobyć się na wykształcenie swych czterech synów […], wybudowali obszerne, widne czworaki. A tynk całymi płatami odpadał z murów ich własnego domu, który wydał mi się kiedyś aż żenująco obszarpany”.
Obie rodziny, Szlenkierów i Chrzanowskich, „miały, każda na swój sposób, bardzo wysoki zmysł społeczny” – podkreślała.
„Więcej śmierci nie pamiętam”
Po dzieciństwie spędzonym między warszawskim pałacem Szlenkierów a dworem Chrzanowskich nastały dla Hanny lata krakowskie, bowiem ojciec objął w 1910 r. Katedrę Historii Literatury na Uniwersytecie Jagiellońskim. Gdy miała 13 lat, posłano ją do Prywatnego Żeńskiego Gimnazjum Realnego Sióstr Urszulanek, choć – jak pisała o swoich rodzicach:
„oboje byli niewierzący – i moja matka (w paszporcie wyznania ewangelicko-augsburskiego), długie lata w mękach ateistycznego pesymizmu, i mój ojciec (w paszporcie rzymski katolik), pozytywistyczny wówczas liberał co się zowie!”.
Najbliższe otoczenie nie sprzyjało jej religijnemu rozwojowi.
„Ojciec nie kazał mi być dobrą dla Boga i przez Boga, […] był fanatykiem obowiązku, przede wszystkim – patriotycznego”
– wspominała. Porozumienie między profesorem a dwójką jego dzieci, Hanną i starszym od niej o 2 lata Bogdanem, rozkwitło w świecie jemu bliskim – utworów literackich. Z Historii literatury niepodległej Polski Ignacego Chrzanowskiego uczyli się najpierw gimnazjaliści, a gdy rozszerzył swoją pracę – także studenci, i to jeszcze w PRL.
Jesienią 1920 r., a więc już po wojnie polsko-bolszewickiej, zgłosiła się po przyspieszonym kursie pielęgniarskim do opieki nad rannymi żołnierzami w Klinice Chirurgicznej przy ul. Kopernika. Z wcześniejszych nauk w głowie pozostała jej zasada: „odleżyna to hańba dla pielęgniarki”.
„Od razu weszłam w śmierć. Ostatnie tchnienie wydał młodziutki bolszewik […]. Milczałam zakrzepła z przerażenia. W tym samym szeregu zmarł kilka dni potem drugi młody bolszewik, z potworną odleżyną na pośladku, ze zmiażdżoną nogą – w tej ranie kłębiło się białe robactwo. Cierpiał okropnie i wołał: »siostro!« głosem, który słyszę po dziś dzień. Więcej śmierci nie pamiętam”
– podsumowała ten czas.
„To już Chrzanowscy tak nisko podupadli…”
Na własną drogę weszła już u progu dorosłości – wszak od zawsze chciała zostać pielęgniarką (a nie lekarką!), zaraziwszy się bakcylem od ciotki Szlenkierówny.
Wprawdzie jeszcze w 1920 r. zaczęła studia polonistyczne – na jakież inne mogła się zdecydować córka prof. Chrzanowskiego – ale nie zawahała się, gdy w 1922 r. dobiegła ją wieść o otwarciu Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa. Rodzina przyjęła jej decyzję z aprobatą, tylko krakowskie otoczenie reagowało zgorszeniem.
„To już Chrzanowscy tak nisko podupadli, że córkę dają na pielęgniarkę?”.
Czas nauki zawodu wspominała dobrze, choć męczył ją surowy, bez mała klasztorny regulamin. Szkolono dziewczęta na fachowe, sumienne pielęgniarki. Celebrowano wszystkie zabiegi:
„Do mycia głowy w łóżku musiały służyć baterie dzbanuszków, ceratek, poduszeczek. Gubiłam się”
– notowała. Adeptki wysłuchiwały pouczeń, które brzmiały jak dziesięć przykazań: pielęgniarka się poświęca; pielęgniarka ma się oddać pacjentowi bez zastrzeżeń na każde jego żądanie; pielęgniarka jest uprzejma; pielęgniarka rano mówi chorym „dzień dobry”…
Na praktyki szpitalne dziewczęta wyruszały w wykrochmalonych mundurkach i czepkach, z „koszyczkami toaletowymi” w dłoniach. Lękiem napawały Hannę drobiazgowe procedury opieki nad pacjentami: mycie, karmienie, ścielenie łóżek, podawanie basenów – wszystko według szczegółowych zasad. Jakże różniła się ta praca od tej, której poświęciła się później w biednym komunistycznym kraju – w zapuszczonych domach, bez niezbędnych środków, kiedy tylko własna pomysłowość pozwalała zaspokoić potrzeby leżących od lat obłożnie chorych.
Później pisała:
„Choć w tej mojej pradawnej szkole uczono nas zaparcia się siebie, ofiarności bez zastrzeżeń, choć na naszej szkolnej broszce […] widniało słowo »służba« – jakże daleko, będąc tak blisko człowieka, któremu służyłam, byłam od ducha służby ewangelicznej. Ani mi nie mignęła myśl o służbie Bogu, dalekie mi było, nieznane pojęcie o życiu na chwałę Bożą, dalekie na długie lata”.
Owocowanie i kataklizm
Po szkole było wymarzone i wyczekane roczne stypendium Fundacji Rockefellera we Francji („Runęło na mnie piękno Paryża”) oraz Belgii, później zajęcie w charakterze instruktorki w Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie, kierowanie wraz z przyjaciółką Marią Starowieyską miesięcznikiem „Pielęgniarka Polska”, w którym opublikowała ponad 60 artykułów, redakcja z Teresą Kulczyńską wielokrotnie wznawianej – także na uchodźstwie podczas wojny – książki Zabiegi pielęgniarskie, współtworzenie Polskiego Stowarzyszenia Pielęgniarek Zawodowych, udział w opracowaniu „Ustawy o pielęgniarstwie” przyjętej przez Sejm w 1935 r. oraz pomoc ciotce Zofii Szlenkierównie w prowadzeniu warszawskiego szpitala.
Skupione wokół wszystkich tych obowiązków życie Hanny przerwał kataklizm roku 1939. Zdążyła jeszcze przed wybuchem wojny wyjechać z ojcem w niezapomnianą podróż do Włoch.
Skończyła 37. rok życia, gdy na Warszawę spadły niemieckie bomby. Lata 1939 i 1940 przyniosły rodzinie Chrzanowskich hekatombę. Jako pierwszy z bliskich Hanny zginął podczas obrony stolicy brat stryjeczny Andrzej Chrzanowski; ciężko ranna w nalocie ciotka Zofia Szlenkierówna zmarła w październiku; na początku 1940 r. odszedł w KL Sachsenhausen jej ojciec aresztowany podczas Sonderaktion Krakau; w tym samym roku w kwietniu Sowieci rozstrzelali w Katyniu jej brata Bogdana, doktora filozofii i nauczyciela gimnazjalnego, a w obozie przesiedleńczym w Łodzi umarła siostra matki Maria z synową i wnuczką. Gdzieś w sowieckich bezkresach przepadł na zawsze jej drugi kuzyn, syn Marii, Jan Wyżga.
Polski los pod niemieckimi rządami
Wróciła jesienią 1939 r. do Krakowa i zamieszkała z matką u znajomych, bo Niemcy wyrzucili Chrzanowskie z domu profesorskiego. W koszarach przy ul. Wrocławskiej, gdzie więziono aresztowanych uczonych, widziała ojca po raz ostatni 7 listopada.
Aby zobaczyć jego ciało, pojechały – wdowa i córka – za zgodą gestapo w styczniu 1940 r., do KL Sachsenhausen. Mróz panował straszny. Matka Hanny wspominała:
„Nic Ignaś nie był zmieniony przez to, że widziałam go na szósty dzień po śmierci, ale widać było na tej biednej twarzy wszystko, co przeszedł i cierpiał. Nie płakałam ani ja, ani Hania […]. Pogłaskałam po zmarszczonych rękach. Hania je gładzi: »Tatusiu, Tatusiu…«”.
Zachowały się świadectwa, że przed śmiercią prof. Chrzanowski prosił o księdza, że chciał się pojednać z Bogiem.
Po powrocie Hannę porwał pęd pracy: pomagała wygnanym przez Niemców do Generalnego Gubernatorstwa z ziem włączonych do Rzeszy oraz uciekinierom i osieroconym dzieciom, a po upadku Powstania Warszawskiego – bezdomnym, którzy przyjeżdżali falami z miasta obróconego w ruiny. Najpierw działała w Obywatelskim Komitecie Pomocy założonym z inicjatywy abp. Adama Stefana Sapiehy, a od wiosny 1940 r. w organizacjach podległych Radzie Głównej Opiekuńczej: Radzie Opiekuńczej Miejskiej przekształconej w 1941 r. w Polski Komitet Opiekuńczy Kraków-Miasto.
Pracowała jako zastępczyni Marii Starowieyskiej, przyjaciółki z dawnych czasów, szefowej działu Opieka nad Przesiedlonymi i Uchodźcami. Prowadziła ewidencję wygnanych i szukała dla nich mieszkań. Dbała o to, by sieroty trafiały do dobrych rodzin, ratowała dzieci żydowskie, organizowała dożywianie i letnie kolonie w zaprzyjaźnionych dworach. Kierowała siecią ok. 300 przeszkolonych przez nią ochotniczek. Pieniądze, które dał jej ojciec przed aresztowaniem, przekazała do wspólnej kasy.
Dla dobra całego przedsięwzięcia nie weszła do struktur podziemnych, bowiem zaangażowana w nie była już Starowieyska, członek ścisłego sztabu dowódcy krakowskiego Okręgu AK. Po jej aresztowaniu w listopadzie 1944 r. Chrzanowska przejęła wszystkie obowiązki. Wiosną 1945 r. doszła do nich organizacja pomocy wracającym z Rzeszy robotnikom przymusowym.
Lata okupacji niemieckiej Hanna przeżyła intensywnie, ale nie pozostawiła po nich żadnych świadectw. Jej doświadczenie tamtych ciemnych czasów rozświetlały coraz głębsza wiara, modlitwa i Eucharystia. Wtedy zapewne formować zaczęła się w niej idea ewangelicznej służby bliźniemu.
„Lekarze nie rozumieli”
Już w kwietniu 1945 r. zgłosiła się do pracy w reaktywowanej Uniwersyteckiej Szkole Pielęgniarek i Higienistek (później 3-letniej Szkole Pielęgniarsko-Położniczej) pod dyrekcją Anny Rydlówny, siostry poety, Lucjana. Dostała pełną swobodę
„w organizowaniu działu szkolenia z pielęgniarstwa, przed wojną zwanego »społecznym«, a po wojnie »otwartym« w odróżnieniu od pielęgniarstwa w szpitalach i innych tzw. zakładach zamkniętych”
– notowała w pamiętniku. Letni pobyt w 1946 r. na stypendium UNRRA w Nowym Jorku utwierdził ją w przekonaniu, że jej powołaniem jest pielęgniarstwo domowe – i z właściwą sobie energią zabrała się do jego organizowania.
A była to orka na ugorze.
„Lekarze nie rozumieli, o co nam chodzi. Kierowali nas do środowisk bardzo ubogich albo bardzo brudnych, nie umiejąc długo wychwytywać chorych chronicznie – wymagających pielęgnowania”
– wspominała.
Rozpowszechniała swoją ideę, podróżując po Polsce jako wykładowca metodyki pielęgniarstwa domowego w Szkole Instruktorek Pielęgniarstwa w Warszawie i wicedyrektorka Państwowej Szkoły Pielęgniarstwa w Krakowie. Opracowała i wydała podręcznik Pielęgniarstwo w otwartej opiece zdrowotnej. Chodziła do domów ludzi obłożnie chorych ze studentkami:
„Pamiętam taką stworę w płaszczu na nagim ciele wśród sterty śmieci, z nogami opuchniętymi jak konwie”; „Potworny przypadek przy ul. Topolowej. Brud, paraliż, pląsawica, smród, głód. Z uczennicą moją […] woziłyśmy do niej zimą 1945/46 węgiel na saneczkach od Karmelitów Bosych”.
Od młodych kobiet wymagała wiele, przyzwyczajona do pracy w warunkach okupacyjnych, „w której nie liczyło się godzin, w której ciągle trzeba było przeskakiwać przegrody dla wyścigowców”.
„Czy nie czekano na mnie na próżno?”
Kładła nacisk nie tylko na opiekę higieniczną, ale i na zaspokojenie duchowych potrzeb podopiecznych. Dbała o formację religijną pielęgniarek, co musiało spotkać się z niechęcią „czynników politycznych”. Od 1955 r. organizowała rekolekcje i pielgrzymki na Jasną Górę. O ich terminie dowiadywały się uczestniczki w ostatniej chwili – dla bezpieczeństwa, żeby władze nie mogły im przeszkodzić. Niektóre tematy rekolekcji wymienia jej współpracownica Alina Rumun:
„śmierć”, „cierpienie”, „sakrament chorych”, „pielęgniarstwo jako powołanie”, „człowiek »niepotrzebny«”, „wiara w życiu pielęgniarki”.
Rozdawała opracowany przez siebie Rachunek sumienia pielęgniarki – nie kodeks etyczny, ale właśnie rachunek sumienia, zza którego stronic wygląda twarz przyszłej błogosławionej Kościoła katolickiego.
Punkt pierwszy i najważniejszy:
„Jestem pielęgniarką. Jestem katoliczką. Czy mogę o sobie powiedzieć z czystym sumieniem: »jestem pielęgniarką katolicką«?”.
I dalej:
„Moja praca to nie tylko zawód, ale powołanie. Powołanie to zrozumiem, jeśli przeniknę i przyswoję sobie słowa Chrystusa: »nie przyszedłem, aby mnie służono, ale abym służył«”.
Nakaz pokory:
„Dobro, które pełnię, jest tylko odblaskiem dobroci Boga. Czy nie chwaliłam się moją pracą? Czy nie zachwycałam się sama sobą?”; „Czy nie pracuję dla efektu, dla pochwały, dla olśnienia otoczenia?”; „Czy nie obnosiłam się ze swoją żarliwością i pobożnością?”.
Obowiązkowa Msza św. w niedzielę i modlitwa codzienna („za chorych i wszystkich powierzonych mojej opiece”); punktualność, sumienność, koleżeństwo, niezgoda na odejście od łóżka chorego („Czy nie brałam udziału w strajku, czy do niego nie namawiałam?”).
Miłość bliźniego:
„Czy nie żywiłam pogardy dla »mętów społecznych«, alkoholików, chuliganów, prostytutek? Czy nie machnęłam ręką: »dla takich nie warto się męczyć«?”.
Sprawy ostateczne:
„Czy zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, aby ciężko chory przyjął Sakramenty święte? Czy chrzciłam niemowlęta zagrożone śmiercią?”; „Jak traktuję sprawę życia nienarodzonych? Czy znam dokładnie stanowisko Kościoła, postępuję zgodnie z nim i w myśl jego udzielam wskazówek? Czy mam odwagę przekonań, odmawiając pomocy w śmiercionośnych zabiegach? […] Czy nie wyśmiewałam rodzin wielodzietnych?”.
I wreszcie:
„Czy nie czekano na mnie na próżno?”.
Choćby wyrko, ale u siebie
Służbę pielęgniarek domowych pojmowała z głęboką mądrością, wiedząc, że problemów ludzi obłożnie chorych nie rozwiąże przeniesienie ich do domów opieki, gdzie „»będzie ciepło, czysto i syto«”.
Ciepło będzie – przekonywała – tylko
„pod własną pierzyną, pod ulubionymi kołderkami, szalikami, futerkami, które klnąc często w duchu, cierpliwie, systematycznie układają według zlecenia mąż, żona, córka lub pielęgniarka domowa. Co z tego, że będzie czysto, skoro nie będzie nad łóżkiem ulubionych obrazków ani starego kilimka z zatkniętymi palmami, ani starych gratów, tyle przypominających. »Syto« zapewne. W domu z tym gorzej i niekoniecznie dlatego, że nie ma co włożyć do garnka, tylko dlatego, że tego garnka godzinami nie ma kto podać”.
Było to wówczas – a jest i dziś – niespotykanie rzadkie zrozumienie dla potrzeb starego, schorowanego człowieka. Zapracowani bliscy, zmęczeni codzienną gonitwą, ufali, że w placówce opiekuńczej (by nie rzec, w domu starców) ich krewny otrzyma opiekę lepszą i bardziej godziwą niż ta, którą mogli mu zapewnić. Tymczasem Chrzanowska tłumaczyła:
„Prawo człowieka do własnego kąta, tu – w świecie chorych – znajduje kategoryczne potwierdzenie. Kąt »mój«, nieograniczony tylko do łóżka, stolika nocnego i krzesła, jak w zakładzie urządzonym u nas na modłę szpitalną. Chodzi o coś więcej, o swobodę. Brak rygoru, narzuconego porządku godzin, gaszenia światła”.
Advocata nostra w spelunce
Odwiedzała z uczennicami domy, gdzie miłość bliźniego poddawana była najsurowszym próbom. Powojenny Kazimierz, skąd Niemcy wywieźli Żydów, dzielnica nędzy i marginesu. Pokój alkoholiczki, która po pijanemu wpadła pod pociąg i straciła stopę oraz rękę, a żyje z udostępniania drugiego łóżka na nierząd:
„Naprawdę mam do tych kątów rodzaj przywiązania. Znam je zresztą już od tylu lat. […] Te wszystkie papiery [na podłodze] są gęsto zanieczyszczone. Myjemy, zmieniamy bieliznę, taszczymy, okrywamy. […] Łypnęła okiem, zawsze chytrym, choć dziś przymglonym. Małe zapuchłe oczka, niskie czoło, tępy nos, ziemista cera, gęsta rozczochrana czupryna. Moja mała bandażuje zawsze zziębnięte kikuty, a ja ostrożnie zwijam i zbieram te papiery… Co za takt – myślę sobie – tej kobiety (chciałam pisać »baby«, ale nie pozwalam tak mówić o chorych moim uczennicom), że wycelowała za każdym razem właśnie na te arkusze i teraz nie trzeba czyścić podłogi”
– wspominała Hanna.
Nad łóżkiem oglądała przez kilka lat obrazki:
„Matka Boska Nieustającej Pomocy, cztery Matki Boskie Częstochowskie i straszliwie wylalkowana Matka Boska Karmiąca [pędzla Andrei] Solaria – taka przecież ładna w swoim geście i zieleni płaszcza, w Wielkiej Galerii Louvre’u w dalekim Paryżu. Matka Boska, tu właśnie, w tej spelunce. Jakich modlitw wysłuchuje Advocata nostra, co z nich może przekazać Synowi? Jakie są modlitwy starej pijaczki? A to jest przecież moja siostra. Dlaczego? Bo Bóg dał do rozwiązania równania pozornie tylko skomplikowane. Pod iksy tego równania trzeba tylko podstawić słowa Boga samego: »byłem chory i nawiedziliście mnie«, i »ktokolwiek poda szklankę wody w imię Moje«”.
I kwituje swoje rozważanie krótko: „Co prostszego?”.
Z takim światopoglądem pracowała od 1957 r. przez kilkanaście miesięcy jako dyrektorka Szkoły Pielęgniarstwa Psychiatrycznego w Kobierzynie. Zniecierpliwione władze zmusiły ją do przejścia na wcześniejszą emeryturę, a szkołę zamknęły.
Od księdza Wojtyły do infułata Machaya
Nadszedł czas, by urzeczywistnić pomysł, który kiełkował w niej od lat: stworzyć system pielęgniarstwa parafialnego, „oprzeć opiekę nad chorymi o Kościół” – jak pisała – bo przecież „pomagamy nieść krzyż Chrystusowi”.
Na początek chciała znaleźć choć jedną parafię z proboszczem rozumiejącym jej ideę. Trzeba było też poszukać chętnych do tej pracy kobiet – nie w środowisku jej uczennic pielęgniarek, których nie chciała odrywać od pracy zawodowej – i przyuczyć je do wykonywania najprostszych czynności, „byle chorzy nie cierpieli więcej niż muszą, byle nie leżeli w brudzie, zaduchu, odleżynach, w samotności”. I miało to być zajęcie stałe i płatne, co podkreślała.
Wtedy Zofia Szlendak-Cholewińska, jej wychowanka i instruktorka pielęgniarek, rzuciła bez namysłu: „Pójdziemy do Wujka”, czyli młodego wówczas ks. Karola Wojtyły, do jego mieszkania przy ul. Kanoniczej.
„Rozmowa była krótka. We mnie paliło: musisz dopomóc! Słuchał z tym swoim dowcipnym uśmiechem, jakby lekko drwiącym. Nie wiedziałam jeszcze, że mam przed sobą najwspanialszego słuchacza wszelkich spraw”
– wspominała Hanna.
Obiecał, że zaprowadzi je do ks. infułata Ferdynanda Machaya, ówczesnego proboszcza parafii mariackiej. Przygotowała mnóstwo argumentów, którymi chciała go zarzucić.
„Nie mogę określić inaczej mojego uczucia jak wściekła pasja. Niechby odmówił! Niechby nie pojął!”
– zanotowała w pamiętniku.
Ledwie skończyła mówić o potrzebie zaangażowania przez proboszcza stałej, płatnej opiekunki, ks. Machay zapytał:
„Tysiąc złotych miesięcznie wystarczy?”.
Przez lata patronował działaniom „Cioteczki”, jak nazywali ją bliscy, wspierał finansowo, podsyłał zakonnice do pomocy. Na początku chorych było niewielu, ale w różnych parafiach. To mu nie przeszkadzało:
„Granice parafii? Przecież miłość Chrystusa nie zna granic”.
W 1960 r. ona i 3 współpracownice, m.in. Alina Rumun, miały już pod opieką 35 ciężko chorych.
„Pielęgnowałam około siedmiu chorych dziennie. Do tego ciągłe starania o nowe siły do pracy – bezowocne. Wykańczałyśmy się obie [z Aliną]. Kiedy byłam już u kresu sił, wezwał mnie do siebie ks. Abp [Eugeniusz] Baziak. Nie tylko zaproponował, ale wprost nakazał mi zaprząc do pracy niedawno przybyłe do Krakowa Siostry Józefitki”.
Potem doszły do nich zakonnice z innych zgromadzeń. Pracowała ze swoimi dawnymi przyjaciółkami i równocześnie szkoliła z nimi wolontariuszki. Każdy 3-miesięczny kurs obejmował anatomię, pierwszą pomoc, zmianę opatrunków, wiedzę o chorobach i medykamentach – koniec końców na 23 kursach udało im się przygotować pół tysiąca sióstr i nowicjuszek, kilku braci zakonnych i świeckich.
I że cię nie opuszczę…
Widziała setki zaniedbanych ludzi w normalnych mieszkaniach, ale i w ruderach, suterenach, na strychach. Wydawać by się mogło, że niewiele ją jeszcze zaskoczy. A jednak.
Na łóżku leżała 60-letnia kobieta bez kontaktu z otoczeniem. Opiekował się nią niezaradnie, ale z wielką gorliwością emeryt sypiający na tapczanie obok. Miał swoje sposoby: układał pod chorą stosy suchego papieru, a zabrudzone moczył i suszył.
„Nie pomagały prośby, aby je palił, ani obietnice dostarczenia mu, ile chciał, »Przekrojów« i »Przyjaciółek« – dzienniki rozdzierały się z wilgoci. […] Trudno. Chora nie miała nigdy najmniejszej odleżyny. Zawdzięczała to zapewne i temu, że była przez nas codziennie myta – ale przede wszystkim swojemu pielęgniarzowi”
– wspominała Chrzanowska. Ciągnęło się to latami.
„Od tej nieszczęsnej postaci o bezbarwnej twarzy i oczach bez wyrazu przeniosłam wzrok na portret młodej, pięknej kobiety, wiszący obok. »Tak, to właśnie ona przed czterdziestu laty. Ja się w niej kochałem, ale wyszła za mąż za mojego przyjaciela. On już nie żyje. Więc ja się tu przeniosłem po prostu«”.
Po prostu…
Zapamiętała spotkanie z człowiekiem z przeszłości, którego długo nie rozpoznawała.
„On ledwo widział, ale chodził koło żony umiejętnie, nie tylko czule. Ona była cichutka, czasem – z rzadka popłakiwała. Stary pan pilnował jej codziennej przechadzki po pokoju”.
Półślepy oporządzał mieszkanie, gawędząc.
„Kiedyś zaczął się zastanawiać nad źródłosłowem czyjegoś nazwiska. Jakby błyskawica rozdarła moją pamięć. Zerwałam się na równe nogi: »Panie profesorze, to pan mnie uczył w czwartej gimnazjalnej!«. Jak mogłam go nie poznać? Już wówczas, przed tylu laty nosił czarne okulary! Kiedyś powiedział: »Wie pani, co było najmilsze? Że pani rozpoznawszy mnie, wstała jak uczennica w ławce!«”
– zapisała Chrzanowska.
Pokazała chorym słońce
Żeby innym dawać aż tyle, musiała szukać źródeł siły dla siebie. Znalazła je w opactwie Benedyktynów tynieckich, dokąd trafiła kiedyś na liturgię Wielkiej Soboty. Z łacińskiej liturgii zapamiętała, że apostołowie mówili różnymi językami o wielkich sprawach Bożych (magnalia Dei). Zaprzyjaźniona z o. Leonem Knabitem, wpadała czasem zmęczona i prosiła: „A teraz porozmawiajmy o tych magnaliach”.
Została benedyktyńską oblatką i uzyskała zgodę władz kościelnych na rzecz zupełnie nową: Msze św. w domach chorych. Spełniła też swoje wielkie marzenie: zabrać podopiecznych z ich zatęchłych mieszkań i pokazać im po latach słońce, kwiaty, drzewa. Przełamywała opór ludzi, którzy nie wyobrażali sobie, że ze swoimi ułomnościami, paraliżami i pieluchami mogą wyruszyć w drogę. Znalazła jednak tylu chętnych gotowych przewieźć ich do Domu Rekolekcyjnego Księży Salwatorianów w małopolskiej Trzebini i tam się nimi opiekować, że organizowała te wyjazdy od 1964 r.
Chociaż przez 7 ostatnich lat życia ciężko chorowała na raka, nie odeszła od swoich chorych. Zmarła w pierwszą niedzielę po Wielkanocy 1973 r. – może wcale nie przypadkiem w dzień ustanowiony w 2000 r. przez Jana Pawła II Świętem Miłosierdzia Bożego.
Karol Wojtyła: „Dziękujemy Ci, że byłaś”
Na cmentarz Rakowicki odprowadzał Hannę Chrzanowską przyszły papież i święty. Przeczytał jej ostatni list pisany z myślą o pielęgniarkach:
„Niech Ksiądz Arcybiskup powie im, że fakt mojego odejścia w niczym nie może umniejszyć ich zapału: że ja im tylko pomogłam […]. Niech się trzymają razem, niech stanowią jedno, niech się cieszą radością z miłosierdzia – jak mówi św. Paweł; ale niech też – jak on zaleca – płaczą z płaczącymi”.
A od siebie powiedział:
„Dziękujemy Ci, Pani Hanno, za to, że byłaś wśród nas; że byłaś taka, jaka byłaś. Dziękują Ci za to opiekunki chorych, siostry zakonne, pielęgniarki, młodzież akademicka – cały Kościół krakowski. Dziękuję Ci za to jako biskup Kościoła krakowskiego. Byłaś dla mnie ogromną pomocą i oparciem.
A raczej dziękujemy Bogu za to, że byłaś wśród nas taka, jaka byłaś – z tą Twoją wielką prostotą, z tym wewnętrznym spokojem, a zarazem z tym wewnętrznym żarem; że byłaś wśród nas jakimś wcieleniem Chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze, kiedy mówił: »Błogosławieni miłosierni«”.
45 lat po śmierci Hanny Chrzanowskiej, w 2018 r., Kościół katolicki ogłosił ją błogosławioną. Za cud dokonany dzięki jej wstawiennictwu uznano uzdrowienie Zofii Szlendak-Cholewińskiej – tej, która zaprowadziła ją do młodego ks. Wojtyły.
Po latach pracy z Chrzanowską Zofia odeszła od Boga i Kościoła, związawszy się z żonatym mężczyzną. Kiedy w 2001 r. leżała w szpitalu po zawale serca i wylewie krwi do mózgu, sparaliżowana od pasa w dół, groziła, że podetnie sobie żyły rozbitym dzbanuszkiem; odmawiała spotkania z księdzem i spowiedzi. Stowarzyszenie Katolickich Pielęgniarek odprawiało w krakowskich kościołach pw. św. Mikołaja i pw. św. Marka nowennę w jej intencji za wstawiennictwem Hanny Chrzanowskiej. Aż nadszedł dzień, gdy chora poprosiła o sakramenty i wyznała, że poprzedniej nocy wołała we śnie: „Cioteczko, pomóż!”. Uzdrowienie przyszło niebawem, choć lekarze nie dawali jej wcześniej większych szans na przeżycie. Wróciła do Kościoła – całą swoją pierwszą Mszę św. przepłakała.
Dziś przy białym alabastrowym sarkofagu ze szczątkami bł. Hanny Chrzanowskiej w kościele pw. św. Mikołaja przy ul. Kopernika – dawnej ulicy krakowskich klinik uniwersyteckich – klęczą ludzie, powtarzając: „Pomóż!”. Miała przecież – jak mówił na jej pogrzebie abp. Wojtyła – „serce wrośnięte w ludzi”.
Tekst pochodzi z numeru 5/2023 „Biuletynu IPN”
Czasopismo dostępne w księgarniach IPN, placówkach Poczty Polskiej lub na stronie ksiegarniaipn.pl
