Fenomen poezji tego artysty być może polega właśnie na tym, że pokazywał w swoich wierszach postawę patriotyczną, jaką wielu chciało widzieć jako swoją – bo nawet jeśli przyznamy, że Herbert to nie bohater, to z całą pewnością był bezkompromisowy i po sokratejsku trzymał się raz obranego kierunku: prawdy, uznanej za jedyną i słuszną.
Pan Cogito
Herbert był człowiek gruntowne wykształconym. Studiował ekonomię, prawo, polonistykę, filozofię i uczęszczał na zajęcia Akademii Sztuk Pięknych. Dzięki temu obraz rzeczywistości, jaki kreował w swoich tekstach, otwierał przed czytelnikiem wrota do świata pełnego tajemnic, ale też pokazywał perspektywę bogatą, głęboką, sięgającą najdawniejszych czasów i legend. Dawne opowieści ożywały w opisach miejsc pełnych śladów minionych dni. Czytając eseje i wiesze poety ukazują się naszym oczom starożytni herosi, wielcy bohaterowie i zwykli ludzie. Czasem da się jednak wyczuć przytłaczającą autora depresję. Jego głęboka świadomość sytuacji społecznej i politycznej, panującej w komunistycznym kraju, musiała być trudna do zaakceptowania przez człowieka spragnionego wolności osobistej i twórczej, zwłaszcza po tym jak zobaczył inne kraje europejskie, gdzie nie trzeba się było zmagać z trudnościami na jakie napotykał w Polsce.
Tomik wierszy „Raport z oblężonego miasta”, wydany w czasie stanu wojennego 1983 r., odbił się szerokim echem jako rodzaj manifestu poety, który głośno wypowiedział prawdę o sytuacji kraju.
Urodził się we Lwowie, gdzie spędził dzieciństwo i szkolną młodość. Mieszkał przy ul. Łyczakowskiej 55/5, a później przy Obozowej. O rodzinnym mieście niewiele jednak napisał. Zupełnie jakby czas tam spędzony był utracony, czy też może nie do końca świadomy. Piękne i bogate opisy licznych miast europejskich, które możemy odnaleźć w eseistyce Herberta, nie dotyczą Lwowa. Być może stało się tak również z bardziej prozaicznego powodu. Lata spędzone w rodzinnym mieście to okres edukacji i kształtowania się osobowości i charakteru przyszłego pisarza. Jak sam zauważył, zaczął publikować, kiedy „był już człowiekiem zrobionym” czyli w wieku około lat trzydziestu, a przy tym nie oglądał się za siebie. Nie wspominał. Nie rozpaczał za utraconą krainą dzieciństwa, za małą ojczyzną. Czuł się takim samym Polakiem w Krakowie i w Warszawie, i podczas podróży do Włoch, i do USA. W każdym z tych miejsc widział historie, które się tam wydarzyły.
Herbert opuścił Lwów pod koniec marca 1944 r. Była to decyzja jego ojca Bolesława – żołnierza Legionów Polskich, pamiętającego nawałę bolszewicką 1920 r. Herbertowie nie byli więc wysiedleni, jak wielu Polaków na „ziemiach utraconych”, ale przenieśli się zanim Armia Czerwona ponownie wkroczyła do miasta. Młody Zbigniew musiał przerwać studia polonistyczne, rozpoczęte na tajnych kompletach Uniwersytetu Jana Kazimierza.
Trafił w okolice Krakowa, gdzie zamieszkał u kuzynostwa wraz z siostrą. Zaczął studia ekonomiczne, a po 3 latach uzyska dyplom Szkoły Handlowej. Prawdopodobnie wykształcenie ekonomiczne zdobył również za namową ojca, który pracował w bankowości. Zbigniew interesował się jednak bardziej humanistycznymi kierunkami. Podzielił swój czas pomiędzy zajęcia Akademii Humanistycznej i studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uczęszczał także na zajęcia Akademii Sztuk Pięknych. Studia prawnicze dokończył w Toruniu, gdzie podjął pracę w Muzeum Okręgowym i jako nauczyciel w szkole podstawowej. W mieście Kopernika Herbert poznał swojego mistrza duchowego – Henryka Elzenberga. Uczęszczał na zajęcia profesora w ramach studiów filozoficznych. Zafascynował się jego postawą artysty-filozofa i poety. Bliski był Herbertowi pogląd obrony wartości absolutnych i odrzucenie utylitaryzmu. Temu ideałowi pozostał wierny do końca, co widać w jego wierszach o Panu Cogito i „postawie wyprostowanej”. Owocem znajomości z profesorem Elzenbergiem jest też książka „Korespondencje” – literacki zapis listów wymienionych między panami.
Lecz piekło w tym czasie było jakie
W nowej komunistycznej rzeczywistości trudno było się odnaleźć młodemu Herbertowi. Nie był zainteresowany członkostwem w partii, a relacje ze Związkiem Literatów Polskich śmiało można określić jako trudne i nieregularne. Przez chwilę działał w Oddziale Gdańskim Związku Literatów Polskich w Sopocie. Był członkiem-kandydatem. W Sopocie mieszkali wtedy rodzice Herberta – w kamienicy przy ul. Haffnera 8. Do Trójmiasta trafiło wielu kresowiaków, ale Zbigniew nie zagrzał tam długo miejsca. Pracował w Narodowym Banku Polskim w Gdyni i redagował „Przegląd Kupiecki”. Tutaj też poznał swoją wielką miłość Halinę Misiołkową. Wielką, ale niewieczną. Zamężna Halina, matka dwóch córek, długo ignorowała zaloty młodszego od niej poety. Jednak wytrwałość Zbigniewa skruszyła w końcu lody między nimi. Relacja ze Zbigniewem zrujnowała Halinie zdrowie (zachorowała na serce) i małżeństwo, a nie przetrwała próby czasu. W prawdzie 1961 r. autor dedykował Misiołkowej zbiór swoich wierszy i esejów poetyckiej „Studium przedmiotu”, lecz ich związek był już wówczas zakończony. Pani Halina została sama z córkami.
Tymczasem Herbert od jesieni 1951 r. mieszkał już w Warszawie, która, być może nieoczekiwanie, stała się jego domem i miejscem, gdzie wracał już do końca życia, zaś do Haliny pisywał długie listy. Na Uniwersytecie Warszawskim kontynuował studia filozoficzne, rozpoczęte w Toruniu. Początkowo mieszkał w bardzo trudnych warunkach w podwarszawskim Brwinowie, a od grudnia 1952 r. do stycznia 1957 r. stał się sublokatorem pokoju w mieszkaniu zajmowanym łącznie przez 12 osób przy ul. Wiejskiej. W tym okresie powstało kilka dramatów Herberta. Jeden z nich – „Drugi pokój” – opisuje tragiczną sytuację mieszkaniową panują wówczas w stolicy. Później przez kilka miesięcy mieszkał przy Alejach Jerozolimskich, aż w końcu, dzięki pomocy Jerzego Zawieyskiego, otrzymał kawalerkę (28 m2) przy ul. Świerczewskiego 95/99 (dzisiejsza Aleja „Solidarności”) w bloku. Mieszkanie przeznaczone z puli dla Związku Literatów Polskich nie było pierwszym sortem. Herbert opowiedział o tym fakcie Elzenbergowi, zauważając, że ma widok z okna na Pałac Kultury i Nauki:
„Dzięki temu – rzec można – obcuję na co dzień z koniecznością”1.
Do Warszawy Herbert na dobre zawitał jesienią 1971 r. Zamieszkał u Artura Międzyrzeckiego przy ul. Marszałkowskiej 68/70 w Warszawie w „Domu Pisarzy”. Bywał tam gościem do roku 1974, kiedy kupił lokal przy ul. Promenada 21 – tam mieszkał już do końca życia.
Wróćmy jednak do lat 50. Odwilż była dla Herbertem momentem przełomu. W 1956 r. wydał tomik wierszy „Struna światła”, przyjęty entuzjastycznie przez czytelników. Do tego momentu publikował tylko w prasie : recenzje, wiersze i artykuły tematyczne, głównie o sztuce. Na liście tytułów prasowych, z którymi współpracował, są: „Tygodnik Wybrzeże” (tu: cykl „Poetyka dla laików”), „Dziś i Jutro”(jako Stefan Martha), „Przegląd Powszechny” (pod pseudonimem Bolesław Hertyński) „Słowo Powszechne”, „Tygodnik Powszechny” (pod własnym nazwiskiem lub pod pseudonimem Patryk). Niestety „Przegląd Powszechny” został zamknięty w 1953 r., a „Tygodnik Powszechny” przejął PAX i Herbert zaprzestał współpracy z czasopismem.
Honoraria za publikacje były tak niskie i nieregularne, że Herbert był zmuszony podejmować prace zapewniające mu byt, ale nie satysfakcję. Pracował więc jako kalkulator chronometrażysta w Inwalidzkiej Spółdzielni Emerytów Nauczycieli „Wspólna Sprawa” oraz jako starszy asystent w Centralnym Biurze Studiów i Projektów Przemysłu Torfowego Torfprojekt. Dzięki protekcji Stefana Kisielewskiego został dyrektorem biura Zarządu Głównego Związku Kompozytorów Polskich, choć nie miał nic wspólnego z muzyką.
Barbarzyńca w ogrodzie
Również dzięki pomocy przyjaciela uzyskał stypendium ZLP (100 dolarów) i w 1958 r. wyjechał w swoją pierwszą zagraniczną podróż do Włoch i Francji razem z Ludwikiem Flaszerem i Sławomirem Mrożkiem. Zamieszkał u kuzynki Danuty Herbert-Ulam pod adresem 200 rue Saint Jackques. Jej mąż był stryjecznym bratem Stanisława Ulama i też fizykiem. Herbert nie zakochał się w Paryżu zbyt mocno. Niemniej korzystał z możliwości obejrzenia dzieł wielkich mistrzów w Luwrze i z podróży na południe, gdzie poznał pejzaże Raymundy. Niestety, pierwsze notatki do „Barbarzyńcy w ogrodzie” zgubił – być może, że gdzieś przy winie.
Przy tej samej okazji nawiązał wiele znajomości z żywym wówczas środowiskiem artystycznym Polaków na emigracji. Poznał między innymi Czesława Miłosza. Zaprzyjaźnili się i odwiedzali, i nienawidzili, i obrażali, i pojednywali się. Spierali się o Powstanie Warszawskie, AK i zbrojne podziemie. Największa burza między nimi rozpętała się jednak podczas podróży Herberta do USA w 1968 r., kiedy to na przyjęciu u państwa Carpenterów oskarżył Miłosza jakoby ten wyraził chęć przyłączenia Polski do ZSRS, na co Miłosz odpowiedział nazywając Herberta faszystą. W prawdzie „Zbyszek” przeprosił „Cześka” na piśmie, w liście z Berlina datowanym na grudzień tegoż samego roku, ale rana zadana wówczas jątrzyła się jeszcze wiele lat. Herbert napisał:
„Czy chcesz, czy nie chcesz będę Cię prześladował moją dziwną miłością do końca życia a nawet jakiś czas potem. […] Proszę, bądź dla mnie wspaniałomyślny i wybaczający”2.
Lawina wylanych wówczas emocji położyła się cieniem między poetami, a najbardziej gorzką łyżką dziegciu stała się zapewne Nagroda Nobla dla Miłosza. W prawdzie Herbert pogratulował koledze wyróżnienia, jednak z pewnością był też rozczarowany, że sam nie otrzymał tej nagrody.
O wiele mniej emocji przetoczyło się przez znajomość z Giedroyciem. Panów więcej dzieliło niż łączyło, a jeśli łączyło – to jedynie na gruncie zawodowym, nie przyjacielskim. Jak wspominał Giedroyć:
„Relacje między mną a Herbertem były bardzo różne […] na ogół złe”3.
W prawdzie Herbert publikował w paryskiej „Kulturze”, nie oznaczało to jednak, że współpraca układała się doskonale. Śmiałe osądy i opinie, dotyczące sytuacji politycznej i o kolegów-literatów, nie przysporzyły Herbertowi przyjaciół. Niemniej wielu sprzyjało Herbertowi, dzięki czemu niejednokrotnie znajdował dach nad głową i możliwość zarobienia na swoim talencie, publikując w zagranicznych periodykach. Z resztą Herbert zawsze był doceniany jako człowiek zdolny i mający wiele do zaoferowania. Grano jego dramaty, publikowano wiersze, zapraszano na odczyty i wykłady.
Podczas tej samej pierwszej podróży zagranicznej w 1959 r. odwiedził Anglię, a lato spędził we Włoszech. Kultura śródziemnomorska zafascynowała go. Widać to dobrze zwłaszcza w książce „Barbarzyńca w ogrodzie”. Od pierwszego wyjazdu zagranicznego więcej czasu spędzał na obczyźnie niż w Polsce. Dbał jednak, aby zawsze mieć ważny paszport i otwartą drogę powrotną. Podróżował jak pielgrzym, prawie bez środków finansowych. Gromadził je na bieżąco z doraźnych źródeł: nagród, honorariów za odczyty itp. Liczył często na życzliwość innych i szczęście. Nie dbał przy tym za nadto o siebie, żył z dnia na dzień, co odbiło się w przyszłości na jego zdrowiu. Poznał z bliska „świat piękny i bardzo różny” (cyt: Modlitwa Pana Cogito – podróżnika). W zasadzie przez kolejne dziesięciolecia stale był w drodze:
1963 – Anglia i Szkocja
1964 – Włochy i Grecja
1965 – Berlin Zachodni, Monachium
1966 – Austria
1967 – Francja, Holandia, Belgia i Niemcy
1968 – Berlin i Paryż.
Tutaj, jakby w międzyczasie, odbył się ślub z Katarzyną Dzieduszycką – bardziej opiekunką niż muzą Herberta – kobietą zaradną, skromną i bardzo mu oddaną. Arystokratyczne koligacje żony imponowały poecie, jako że pochodziła z hrabiów Dzieduszyckich z Zarzecza i z „tych” Sapiehów (po matce). Małżeństwo zostało zawarte już po historiach romantycznych z Haliną Misiołkową, z Francuską „Mundzią” Raymone van Elsen oraz z siostrą żony, Teresą Dzieduszycką. Wszystkie panie opiekowały się poetą z troską, na którą być może nie zasługiwał. Ślub Herbertów odbył się skromnie, w paryskiej ambasadzie. Świadkami byli wspomniana wyżej Teresa Dzieduszycka i Jan Lebeinstein (w stanie wskazującym na spożycie alkoholowe). Obecni byli również Konstanty Jeleński, Magdalena i Zbigniew Czajkowscy i Olga Scherer.
Jeszcze tego samego roku Herbert wyjechał do USA, gdzie ukazały się tłumaczenia na angielski jego książek. Miał wystąpienia w Nowym Jorku, Berkeley i Los Angeles. Zwiedził: Kalifornię, Wielki Kanion, Nowy Meksyk, Nowy Orlean i Waszyngton. Ponownie odwiedził Stany Zjednoczone w 1970 r. Prowadził zajęcia na Uniwersytecie Stanowym w Los Angeles. O poziomie studentów wypowiadał się z pogardą. Mimo to sprawdzał ich prace i przygotowywał się na wykłady z sumiennością. Na koniec semestru zarządził ustny egzamin, co nie było standardem na tej uczelni. Jeden ze studentów powiedział mu:
„pan mi dał wiarę w człowieka, jako jeden jedyny odważył się mnie oblać!”
i oznajmił że sam też zostanie profesorem.
Herbert podróżował dopóki starczyło mu sił. Ostatnią zagraniczną wyprawę odbył na 4 lata przed śmiercią – do Holandii. Pojechał na wystawę tulipanów.
Raport z oblężonego miasta
Od lat 70. aktywnie angażował się w protesty przeciwko łamaniu praw człowieka i cenzurze. Razem z Andrzejewskim, Bocheńskim, Brandysem i innymi podpisał „List 17” w obronie członków Ruchu, redagował „List 15” w sprawie praw Polaków w ZSRS, został też sygnatariuszem „Memoriału 59” przeciwko zmianom w Konstytucji PRL. Starał się działać społecznie na rzecz wolności słowa i w obronie praw obywatelskich.
Jego głos wybrzmiał donośniej dopiero w czasach „Solidarności”. Przemysław Gintrowski, Jacek Kaczmarski i Zbigniew Łapiński śpiewali piosenki, wykorzystując teksty poety, czym przysporzyli Herbertowi popularności wśród młodego pokolenia. Herbert uczestniczył też w wielu uroczystościach organizowanych przez opozycjonistów. Znał i przyjaźnił się miedzy innymi z Anną Walentynowicz.
Tomik wierszy „Raport z oblężonego miasta”, wydany w czasie stanu wojennego 1983 r., odbił się szerokim echem jako rodzaj manifestu poety, który głośno wypowiedział prawdę o sytuacji kraju. Został opublikowany jednocześnie w kraju (nakładem Oficyny Literackiej) i za granicą (Instytut Literacki). Zadedykowany żonie poety Kasi, był kwintesencją tego, co Herbert przekazywał w swojej twórczości. Postać Pana Cogito – literackiego alter ego Herberta – jest czującą częścią historii, a jednocześnie świadomym obserwatorem trudnej rzeczywistości, w której przyszło mu żyć i tworzyć. Swoją rolę Herbert opisał słowami:
„wyznaczono mi z łaski poślednią rolę kronikarza
zapisuję – nie wiadomo dla kogo – dzieje oblężenia”4.
Rolę „kronikarza” spełniał do końca życia. Pisał do Wałęsy w sprawie pułkownika Kuklińskiego i do George’a Busha opisując los Kurdów, a ostatni tomik poezji „Epilog burzy” ukazał się kilka miesięcy przed jego śmiercią w 1998 r. Zapisał w nim modlitwę-wyznanie:
Panie
wiem że dni moje są policzone
zostało ich niewiele
tyle żebym jeszcze zdążył zebrać piasek
którym przykryją mi twarz
nie zdążę już
zadośćuczynić skrzywdzonym
ani przeprosić tych wszystkich
którym wyrządziłem zło
dlatego smutna jest moja dusza5
Zawarł w tych słowach melancholię depresji nękającej go w ostatnich latach życia, która paradoksalnie splata się z tym, jak Herbert kochał życie i jego uroki.
1 J. Sedlecka, Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie, Warszawa 2002, s. 273
2 Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Korespondencja, redakcja Barbara Toruńczyk, „Zeszyty Literackie”, Warszawa 2006, cyt. za A. Franaszek, „Będę Cię prześladował moją dziwną miłością” / korespondencja Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza, źródło: https://fundacjaherberta.com/zbigniew-herbert/tworczosc/korespondencja/bede-cie-przesladowal-moja-dziwna-miloscia/ , dostęp: 11.10.2024
3 J. Sedlecka, Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie, Warszawa 2002, s. 415
4 https://fundacjaherberta.com/biblioteka-herberta/wiersze/raport-z-oblezonego-miasta/
5 Z. Herbert, Wiersze zebrane, oprac. R. Krynicki, Kraków 2008
