Wieszcz narodowy? Na pewno świadomy dawnej trójcy spadkobierca. Tym razem w zapasach ze światem, który jawi mu się po 1945 roku, jako „bękart zrodzony z kopulacji z bolszewią” („Dziennik”).
Rycerz i faun – jak z malarskiej wizji Jacka Malczewskiego i biograficznej Wojciecha Wencla:
„Skłonność do głębokiego przeżywania najbardziej patetycznych emanacji polskości towarzyszyła Lechoniowi do końca życia, choć były momenty, gdy próbował się od niej uwolnić”.
Wszak uwolni się… Autor monumentu „Dziennika”, ma w sobie coś – jak w nim zapisał:
„w tonie naszej legendy, w której nie można było oderwać poezji od historii”.
Atrybut wizerunku: kwiat i kamień („róża i marmur” to przedmioty tworzące tytuł ostatniego niewydanego oddzielnie tomu Lechonia – wzięte ze strofy z własnego odczytu: „Wiersze Mickiewicza to marmur pachnący różami”). Miasto wyjścia z ojczyzny: Warszawa. Miejsce wygnania: Nowy Jork.
Rym 1: Chorału dźwięki
Słyszymy płacz od początku, gdy na kartach książek z przywołanego w nagłówku tej serii cyklu spotkamy poetę. W utworach – „Śmierć Mickiewicza” i „Na śmierć Conrada”. W pierwszym dzieli się wizją osieroconych pielgrzymów z egzotycznego legionu:
„Gdy przyszli by jak co dzień odebrać rozkazy…”.
Czy ci sami, emblematyczni ochotnicy są świadkami odejścia Józefa Conrada-Korzeniowskiego?
„(…)Mówili doń Polacy i cicho płakali,
Nakryli go ojczyzną, jak czapką wojskową,
A później się rozeszli i bili się dalej!”.
Passus o konstantynopolitańskim pożegnaniu Mickiewicza zawarł w 1954 r., w tytułowym dla niniejszego tekstu lirycznym zbiorze. Brawurowo wstępują akordy Jacka Kaczmarskiego z komentarza do płótna Piotra Michałowskiego w rytm innych, zamieszczonych w „Marmurze i róży” wersów:
„Srebrny orzeł wypłynął i wysoko płynie
Na wzniesionym ramieniu Nike Somo-Sierry…”!
Lecz przeczucie własnej podróży na kraniec teraz dominuje.
Lechoń powiada:
„Powstałem nagi z mego snu…”.
W monografii o bratnim, wygnanym Skamandrycie – „Sen ponad klęską” – Wojciech Wencel sięgnie po zdanie:
„»Wierzył w Polskę, jak wierzy się w Pana Boga, i kochał ją, jak kocha się Boga. Polska żyła w nim otoczona tą miłością jak aureolą – w stałej apoteozie« – mówił nad grobem przyjaciela Wierzyński. Szlachecka, romantyczna, narodowa, jednym słowem – idealna. Taka była prawdziwa ojczyzna Lechonia. Innej nie znał – i nie chciał znać”.
Z „czerepem rubasznym” i „duszą anielską”. Świadoma, jagiellońska, platońska.
Rym 3. Studia mew
Zarówno Kazimierz Wierzyński, jak i Lechoń podobnie rozeznali punkt krytyczny, moment narodzin Polski nowoczesnej. Obydwaj rozpoznali w roku 1941, roku porozumienia Sikorski – Majski, początek walki o zachowanie, a potem o przywrócenie suwerenności myśli polskiej. Obaj stoją u źródła zmagań ciągle nie zakończonych. Dotykamy struny aktualnej i żywej, a decyzje wtedy podjęte nas interesują, gdyż mają do dziś konsekwencje.
Gdy ogarniemy nieobecność autora setek stronic „Dziennika” – brak ich krytycznej edycji z na nowo odczytanego rękopisu, ale i kompletów esejów oraz recenzji – dopiero wówczas dostrzeżemy stopień trwającej zapaści. Fałsz kierunku, gdzie prowadzi wykrzywiony od kilkudziesięciu lat trakt dziedzictwa ojczystej kultury. Lukę wypełnią w tym przypadku nie tylko wspominana biografia, lecz też korespondencja opracowana przez Beatę Dorosz przy współpracy Pawła Kądzieli.
W „Dzienniku” Lechoń kokietował, że jeśli
„nie jest on malowidłem, nawet szkicem naszych czasów, to już nie moja wina, tylko mego emigracyjnego oddalenia od życia”.
Reportażysta Aleksander Janta w 1960 r. zauważy:
„Pozostały w brulionach obraz jego wierszy pozwala odtwarzać ten jakże mozolny proces stawania się strof, które wykuwał i doszlifowywał dopóki nie doprowadził ich do formy zamkniętej w kształt klasyczny, chociaż na romantyczną modłę”.
Manuskrypty ozdabiały „wzory, winiety i wizerunki”, „rysowany niemal anatomicznie” kwiat, portrety ptasie, mewie i ludzkie, wśród tych ostatnich – osobistości z pocztu narodowych sław.
Rym 4. Podarowane niedopatrzenie przeznaczenia
Janta kontynuował, że wydawało się nieraz poecie, iż
„traci talent, co miało znaczyć, że coraz ciężej mu pisać, że nie może się wypowiedzieć, że jego zaległości wobec własnych wysokich spodziewań i ambicji rosną i że stają się w rezultacie nie do wyrównania”.
Zawsze je stawiał wysoko:
„Omijajcie cmentarze […]. / Bo inaczej wam trupy część duszy zabiorą”
– stawiał pierwsze w druku słowa piętnastolatek, a odę „Do Napoleona” stworzy w setną rocznicę „Polskiej Wojny 1812”. Wencel podsumuje:
„Razem z dzieciństwem Leszka kończyła się epoka kulturowo należąca jeszcze do XIX stulecia”.
Wtóruje Katelbach stwierdzeniem, że Lechoń wywodził się z pokolenia
„zakochanego na śmierć w ojczyźnie, która w jego oczach doczekała się po latach politycznej niewoli – wolności”.
I jej utraty. A skąd cytat o świecie-bękarcie? Wobec zdrady dawnego przyjaciela notował w 1952 r.:
„Bardzo jestem ciekaw, co będzie napisane za sto lat w historii literatury polskiej o »Kwiatach polskich« – bo że coś będzie, nie mam wątpliwości. Reszta zależy od tego, czy będzie istniał świat podobny do naszego, czy jakiś bękart zrodzony z kopulacji z bolszewią. Wtedy wszystkie nędzne i niecne urągania na Polskę, idiotyzm samej fabuły, adoracja Moskali – będą Tuwimowi darowane i wysławione”.
Zważmy, że dopiero, gdy nastanie ów, podobny do Lechoniowego, świat.
Tekst pochodzi z serii „Londyn żywy” – niezłomni emigranci strzelający z piór
