Wszyscy ci, którzy po zrywie listopadowym nie mogli bądź nie chcieli korzystać z carskiej łaski, wierzyli, że finałem ich pobytu na emigracji będzie powrót z bronią w ręku do kraju. Nowe narodowe powstanie jawiło się jako rzecz bliska i realna. Wziąć miał w nim udział, obok i pod przewodem szlachty, również chłop, w mieście zaś rzemieślnik. Toteż emisariusz powstańczy, mający oparcie w patriotycznie usposobionym dworze, pukał i do chłopskiej chaty, gościł i w rzemieślniczej izbie.
Nie zawsze jednak spotykał się ze zrozumieniem, nie zawsze to, co głosił, budziło ufność. Mit „dobrego władcy” cesarza czy cara, wykorzystywany przez biurokrację zaborców, paraliżował działalność spiskową na równi z represjami policyjnymi. Co nie oznacza jednak, iż nie przyniosła ona efektów.
Nowe powstanie zaczęto przygotowywać w Galicji. Czyniła to organizacja tajna nazwana później Związkiem Bezimiennym, nie miała bowiem ani nazwy, ani programu, jedynym zaś jej celem było wywołanie powstania w zaborze rosyjskim. Przygotowania weszły w decydującą fazę w zimie z 1832 na 1833 r. W Galicji, wprost z Francji, pojawił się wówczas płk Józef Zaliwski. W myśl opracowanego przez niego planu do Królestwa miały przenikać małe, kilkunastoosobowe oddziały. Prowadziłyby one, w miarę możliwości, wojnę „szarpaną”, pobudzając zarazem miejską ludność do powszechnego, zbrojnego oporu.
Kilka takich straceńczych powstańczych grupy pojawiło się wiosną 1833 r. w lubelskim, kieleckim, płockim, zaś oddział Michała Wołłowicza dotarł aż w grodzieńskie. Ruch ten nie spotkał się z poparciem. Oddziały, tropione przez carskich żołnierzy, błąkały się po lasach. Rozbijani w pierwszych potyczkach, wyłapywani, wędrowali potem na katorgę. Trzech spośród nich – Michał Wołłowicz, Artur Zawisza i Adam Piszczatowski – zawisło na szubienicy. Sam Zaliwski, po nieudanej agitacji w Lubelskiem, po miesiącu powrócił do Galicji. W trakcie przygotowywania nowej wyprawy, aresztowany przez austriacką policję, trafił do twierdzy.
Emisariusze i spiskowcy
Całkowite niepowodzenie wyprawy Zaliwskiego dowodziło, iż każda próba powstańcza, niepoprzedzona wytworzeniem siatki konspiracyjnej, prowadzącej długofalową akcję propagandową, skazana jest na dotkliwą porażkę. Od końca w1833 r. ruch spiskowy powoli, acz systematycznie, wtapiał się w krajowy pejzaż polityczny. Jego centrum znajdowało się początkowo w Galicji. Pierwszą poważniejszą organizacją stał się Związek Przyjaciół Ludu, zorganizowany w niewielkie, pięcioosobowe kółka. Z Galicji emisariusze wyruszali i w Poznańskie, i na Wołyń. Dyrektor Ossolineum zaś, Konstanty Słotwiński, odbijał w powierzonej swej pieczy drukarni nielegalne, używane do agitacji, wydawnictwa.
Kółka konspiracyjne stosunkowo łatwo rozbijano. Choć poza Warszawą objęły one niemal całą prowincję, to jednak nie były w stanie wyjść poza schemat sprowadzający się do rozpowszechniania literatury patriotycznej czy zorganizowania kilku nielegalnych zebrań.
Już w 1834 r. policja austriacka rozbiła konspirację związkową. Nieliczni, na czele z Franciszkiem Smolką we Lwowie i Sewerynem Goszczyńskim w Krakowie, w roku następnym zasilili szeregi nowej organizacji. Ta, w myśl statutu, trójzaborowa instytucja przyjęła nazwę Stowarzyszenia Ludu Polskiego. Ciału naczelnemu, Zborowi Głównemu, podlegały organizacje prowincjonalne, czyli ziemstwa. Objęły one nie tylko Galicję, Rzeczpospolitą Krakowską, Poznańskie i Królestwo (w Warszawie agitację prowadził twórca pieśni „O cześć wam, panowie magnaci!” Gustaw Ehrenberg), ale sięgnęły też Litwy i Ukrainy. Na ziemie ukrainne wyruszył z Francji jeden z najczynniejszych emisariuszy – Szymon Konarski.
W Królestwie, gdzie dzięki agitacji Ehrenberga w 1836 r. powstała filia Stowarzyszenia Ludu Polskiego, agitacja powstańcza natrafiała na znacznie większe trudności aniżeli w Galicji. Kółka konspiracyjne stosunkowo łatwo rozbijano. Choć poza Warszawą objęły one niemal całą prowincję, to jednak nie były w stanie wyjść poza schemat sprowadzający się do rozpowszechniania literatury patriotycznej czy zorganizowania kilku nielegalnych zebrań. Podobny charakter miała grupa utworzona przez Ehrenberga, od miejsca spotkań w domu parafii św. Krzyża określana mianem „świętokrzyżowców”. Zdołała ona nawiązać kontakty z prowincją, pozyskała też dla idei powstańczej sporą grupę warszawskich rzemieślników, ale szybko, bo już w 1837 r., została rozbita.
Znacznie lepiej powiodło się Szymonowi Konarskiemu. Ten nie liczący jeszcze trzydziestu lat uczestnik powstania listopadowego, zaliwszczyk, zjawił się wpierw w Krakowie jako wysłannik podległej Lelewelowi Młodej Polski. Wyprawa kresowa miała stać się, po zreorganizowaniu konspiracji galicyjskiej, dopełnieniem misji krajowej. Na Wołyniu, gdzie najpierw się znalazł, dotarł do lokalnej organizacji spiskowej i przekształcił ją w składową część Stowarzyszenia Ludu Polskiego. W sporządzonej przez niego ustawie owego tajnego związku na pierwszym planie umieścił on nakaz, by „narodowość utrzymać”, co zbiegło się z innym zadaniem: „lud rolniczy na synów Ojczyzny sposobić”. Agitacja prowadzona przez Konarskiego zataczała coraz szersze kręgi. Spiskowcy działali w Kijowie. Inna grupa, przede wszystkim składająca się z młodzieży, zorganizowała się w Wilnie. Co więcej, do spisku wciągnięci zostali nawet oficerowie armii rosyjskiej!
Klęska przyszła niespodziewanie. Konarski i część jego współpracowników zostali w 1838 r. aresztowani. On sam, choć torturowano go podczas śledztwa, nie obciążył nikogo. A przecież, według świadectw policyjnych, w kierowany przez niego spisek zaangażowało się niemal trzy tysiące osób. Współpracownicy młodego emisariusza nie okazali podobnego mu hartu. Sprzysiężenie zostało wydane niemal w całości. Próba wydobycia Konarskiego z więzienia, podjęta przez oficera straży więziennej, por. Agłaja Kuźmin-Karawajewa, zawiodła – i tu powodem była zdrada. Na spiskowców posypały się wyroki więzienia, część z nich powędrowała na Sybir, wielu utraciło majątki. Sam Konarski 27 lutego 1839 r. został rozstrzelany na wileńskiej Pohulance.
Tymczasem w kraju część spiskowców radykalizowała się. W 1837 r. rozpadło się Stowarzyszenie Ludu Polskiego. Grupa radykałów w leżących nieopodal Bochni Pawlikowicach stworzyła Konfederację Powszechną Narodu Polskiego. Manifest tej grupy nie tylko głosił konieczność doprowadzenia do niezwłocznego wybuchu powstania, ale zapowiadał radykalne rozwiązanie kwestii chłopskiej, grożąc szlachcie, w razie odmowy poparcia ruchu, konfiskatą majątków. Bezpośrednia agitacja, podjęta wśród chłopów, umożliwiła zdekonspirowanie ruchu.
Na wolności pozostali działacze ostrożniejsi, nastawieni mniej radykalnie. Nowa organizacja, która przyjęła nazwę „Młoda Sarmacja”, dbała zatem raczej o tonowanie niż rozszerzanie działalności spiskowej. Nie zapobiegło to jednak represjom.
Kontrakcja policyjna, której szczyt przypadł w Galicji na lata 1840-1841, doprowadziła do zupełnego rozgromienia tajnych organizacji. Po długoletnim śledztwie w 1835 r. skazano aż 307 osób. W 51 przypadkach sąd orzekł karę najwyższą – śmierci. Wyroków na szczęście nie wykonano, a większość skazanych skorzystała z łaski cesarskiej.
Po załamaniu się pracy spiskowej w Galicji centrum konspiracyjne przeniosło się w Poznańskie. Ożywiły się również tajne grupy w Królestwie. Na emigracji koordynacją działań spiskowych zajęło się Towarzystwo Demokratyczne Polskie – to ono teraz przysposabiało i ekspediowało emisariuszy.
Od „wojny ludowej” do „Złotej książeczki”
W latach czterdziestych, podobnie jak w minionym dziesięcioleciu, w obrębie organizacji spiskowych ścierali się ze sobą zwolennicy działań umiarkowanych i radykałowie. Reprezentantem pierwszych był przywódca konspiracji w Poznaniu, filozof i pedagog, Karol Libelt. Nurt radykalny reprezentowali – Henryk Kamieński oraz Edward Dembowski. Kamieński, który w 1844 r. jako Filaret Prawdowski wydał w Brukseli broszurę „O prawdach żywotnych narodu polskiego”, był oryginalnym teoretykiem „wojny ludowej”, czyli powszechnego, jednorazowego zrywu zbrojnego całego, walczącego o niepodległość, społeczeństwa. Szlachtę niechętną powstaniu do udziału w nim należało, jak zalecał, zmusić. Oporni, ujmując rzecz najprościej, winni być karani śmiercią. Kamieński, choć przede wszystkim teoretyzował, już w 1843 r. trafił na Sybir.
Dembowski, jego młodszy o dziesięć lat brat cioteczny, był niestrudzonym agitatorem, najsłynniejszym emisariuszem lat czterdziestych. On to, upamiętniony w wierszu Władysława Anczyca, przenosił się z miejsca na miejsce, ze środowiska do środowiska. W Warszawie przewodził grupie konspiracyjnej złożonej głównie z rzemieślników. On – wszechstronnie wykształcony, majętny potomek ziemiańskiego rodu. Zagrożony aresztowaniem przedostał się do Poznańskiego.
Do agitacji używał Ściegienny szczególnego rodzaju dokumentu. Był to – najpewniej przez niego samego napisany – „List ojca św. Grzegorza papieża”, zwany niekiedy „Złotą książeczką”.
Tam, uzyskując poparcie grupy konspiracyjnej, określanej mianem Związku Plebejuszy (przewodził jej drukarz i księgarz, Walenty Stefański), usiłował zradykalizować organizację spiskową i przyspieszyć wybuch powstania. Miał on nastąpić w 1844 r. W tym samym czasie w Królestwie hasło powstańcze rzucił inny radykalny konspirator, ksiądz Piotr Ściegienny.
Ściegienny, autentyczny syn chłopski, w młodości nauczyciel i urzędnik, wstąpił do zakonu pijarów. Po rozwiązaniu zakonu przez władze carskie był najpierw wikarym, a następnie proboszczem na terenie południowej Lubelszczyzny. Działalność patriotyczną rozpoczął na początku lat czterdziestych, objął nią zaś okolice, w których prowadził posługę duszpasterską, oraz swe rodzinne, podkieleckie strony. Do agitacji używał Ściegienny szczególnego rodzaju dokumentu. Był to – najpewniej przez niego samego napisany – „List ojca św. Grzegorza papieża”, zwany niekiedy „Złotą książeczką”. Papieski autorytet miał sprzyjać upowszechnianiu pośród chłopów tak powstańczych, jak i społecznych haseł, aczkolwiek bliżej nie wiadomo, w jaki sposób miałaby zostać zagospodarowana ziemia odebrana panom.
Jesienią, nieopodal podkieleckiej wsi Krajno, przybrany w uroczysty strój liturgiczny Ściegienny publicznie agitował pośród licznie zgromadzonych rzesz chłopskich. Powstanie jednak nie wybuchło, zaś sam agitator trafił do X Pawilonu warszawskiej Cytadeli. Półtoraroczne śledztwo zakończyło się wyrokiem śmierci – ostatecznie, w drodze łaski, zamieniono ją na bezterminową katorgę. Z zesłania syberyjskiego Ściegienny powrócił po 25 latach.
Powstanie w 1844 r. nie wybuchło. Jednak zarówno centrum emigracyjne, jak i krajowe kierownictwo nie zamierzały rezygnować z działalności. We Francji za szybkim sygnałem do powstania opowiadał się typowany na jego wodza Ludwik Mierosławski. W kraju zaś Dembowski, po przeniesieniu się z kolei do Galicji, wiązał nici spiskowe. W Europie natomiast zbliżał się czas szczególny, czas „wiosny ludów”. Jej polskim prologiem stały się wydarzenia 1846 r.
Tekst stanowi fragment książki „Dawniej to było. Przewodnik po historii Polski” (2019)
Całość publikacji dostępna w wersji drukowanej w księgarni internetowej ksiegarniaipn.pl
